Ksiądz biskup Kryk Piotr, Apostolski Egzarcha dla Ukraińców Katolików obrządku bizantyjskiego w Niemczech i Skandynawii
Владика Крик Петро Григорович, Апостольський Екзарх для українців католиків візантійського обряду в Німеччині та Скандинавії
1945-04-25
Kobylnica Wołoska
Wspomnienia

CHRZANOWO – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie ełckim, w gminie Ełk. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa suwalskiego. Tyle Wikipedia. Koniecznie trzeba wzbogacić to hasło o postać księdza Mitrata Mirosława Ripeckiego (mitrat - godność w kościele greckokatolickim, odpowiednik godności infułata w kościele rzymskim). O miejscowości Kruzy w Wikipedii jest więcej informacji, ale też ani słowa o przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”.

KRUZY (niem. Krausen) – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, w gminie Kolno. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa olsztyńskiego. W przeszłości wieś znajdowała się na terenie powiatu reszelskiego, a później powiatu biskupieckiego. Wieś założona została w roku 1374 na prawie chełmińskim jako wieś służebna. Wieś lokowana była na 60 włókach, w tym 6 włók dla sołtysa z dziesięcioletnim okresem wolnizny. Zniszczona została całkowicie w czasie wojny polsko krzyżackiej 1519-1521. Biskup warmiński Stanisław Hozjusz 4 czerwca 1568 sprzedał wieś Piotrowi Zawadzkiemu za 2400 grzywien. Nabywca miał prawo połowu ryb w jeziorze Tejstymy, a później w Pisie. Posiadał także przywilej związany z bartnictwem. Część wsi przekształcona została w folwark. Później wieś przeszła w ręce jezuitów z Reszla. Własność jezuicką potwierdził 1 września 1639 biskup Mikołaj Szyszkowski. W roku 1783 we wsi wymieniany był folwark i młyn. Obecnie jest to wieś o zwartej zabudowie o czytelnym układzie przestrzennym, dawna ulicówka.

LISKI – wieś w Polsce położona w województwie lubelskim, w powiecie hrubieszowskim, w gminie Dołhobyczów. W Liskach znajduje się zabytkowa drewniana cerkiew greckokatolicka z 1872 r. Już w 1875 r. została zamieniona na cerkiew prawosławną, a obecnie jest filialnym kościołem rzymskokatolickim parafii w Przewodowie. Wewnątrz świątyni zachowała się polichromia z iluzjonistycznymi motywami architektonicznymi i przedstawieniami figuralnymi. W latach 1975-1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa zamojskiego.

Gazeta Wyborcza, 7 czerwca 2007 r. (fragment artykułu)
Ks. Ripecki urodził się w 1889 roku w Samborze (dziś Ukraina), jego ojciec Teodor był księdzem i katechetą. Bracia Mirosława zostali adwokatami, on wstąpił do seminarium. W czasie I wojny światowej był kapelanem w austro-węgierskiej armii, gdzie wspierał służących tam Ukraińców. W 1921 roku zwierzchnicy cerkwi greckokatolickiej przydzielili mu parafię we wsi Liski pod Hrubieszowem.

Gdy w 1947 roku rozpoczęła się akcja W. jej dowódcy zdecydowali o wysiedleniu Lisek. Na liście przesiedleńców znalazł się ksiądz Ripecki z żoną. - Przesiedlono ich do wsi Chrzanowo pod Ełkiem, gdzie było kilka chałup na krzyż - opowiada ks. Łajkosz. - Osiedlono ich w starej szkole. Ks. Ripecki rozpakował z tobołków przywieziony z Lisek obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w szkolnej klasie urządził kaplicę. Już 6 lipca 1947 roku odprawił w niej pierwsze nabożeństwo w obrządku greckokatolickim, a z tygodnia na tydzień przyjeżdżało do niego coraz więcej ludzi.

Organizując akcję „W” władze PRL chciały zasymilować Ukraińców, zerwać więzy społeczne, miejscowi aparatczycy pilnowali, żeby nie mówili po ukraińsku. Ks. Ripecki chciał legalnie odprawiać nabożeństwa, ale mu nie pozwolono. Mimo to nie zrezygnował i choć ciągle nachodzili go milicjanci i ubecy nie dał się zastraszyć.

Ks. Łajkosz: - Choć ks. Ripecki nigdy nie odprawiał w Górowie Iławieckim mszy, postanowiliśmy nazwać ulicę jego imienia, ponieważ to postać kluczowa dla społeczności ukraińskiej w naszym regionie. Ulica ks. Ripeckiego znajduje się przy plebanii parafii greckokatolickiej.



SLAJDY Z MEGO ŻYCIA

Chrzanowo, Kruzy

Na wielkich odpustowych świętach (Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone Świątki, św. Apostołów Piotra i Pawła, Wniebowzięcie Matki Bożej i innych), przybywały do Chrzanowa setki, a nieraz może i tysiące ludzi. To była nasza Mekka w Polsce. Znając PRL - może trudno w to uwierzyć, ale rzeczywiście tak było, że PKP czasami doczepiała dodatkowe wagony, często towarowe, żeby wszyscy ludzie mogli przyjechać i odjechać. Trzeba tutaj dodać, że przyjeżdżali ludzie nawet ze szczecińskiego i wrocławskiego (700 km!). Później, gdy byłem duszpasterzem na tych ziemiach, spotykałem tych ludzi jako parafian. Nie tylko jechali, żeby być na własnej Św. Liturgii, wyspowiadać się, przystąpić do Komunii Św. pod dwoma postaciami, wysłuchać słowa Bożego w ojczystym języku, ale także po to, aby spotkać się z dalszą rodziną, znajomymi, sąsiadami z rodzinnych stron, którzy byli rozsiani po różnych stronach Polski. Gdy duszpasterzowałem we Wrocławiu, a byłem tam duszpasterzem przez 22 lata, we wiosce Lizawce spotkałem ludzi mieszkających w jednym długim baraku: 6 – 8 rodzin. Były to rodziny z Łemkowszczyzny i powiatu Jarosław. To przekonało mnie, że władzom PRL bardzo zależało na tym, aby tych ludzi jak najszybciej zasymilować i wyniszczyć.

U księdza M. Ripeckiego młodzi ludzie zawierali także związki małżeńskie. Wiele lat później spotykałem „poczęte” w Chrzanowie małżeństwa, m.in. w miejscowościach powiatu Oleśnica Śląska koło Wrocławia. A będąc duszpasterzem w Szczecinie, Stargardzie Szczecińskim i Ińsku (1972-74) spotykałem małżeństwa, które brały z sobą niemowlęta po to tylko, aby je ochrzcić w Chrzanowie.

Nasi ówcześni pielgrzymi zamawiali u ks. M. Ripeckiego dużo Świętych Liturgii za swoje rodziny, za żyjących i umarłych, i takich, po których w wojennej zawierusze ślad zaginął. Za inwentarz zamawiano akafisty do św. Mikołaja. Ludzie składali dobrowolne ofiary, które byłem źródłem utrzymania ks. Ripeckiego.

W Chrzanowie dużo modlono się, gdyż ludzie mieli taką potrzebę. Musieli się namodlić na dłuższy czas, „na zapas”, aż do następnego przybycia. Dlatego, jak przystało na prawdziwe miejsce odpustowe, od wczesnych godzin przedpołudniowych w kaplicy, a także przy polowym ołtarzu w ogrodzie księża odprawiali czasem nawet kilka Św. Liturgii ze słowem Bożym. Jako mały chłopiec cały czas słyszałem tylko, jak setki wiernych śpiewają potężnym głosem: „Hospody pomyłuj” (Panie zmiłuj się). Tak, że ziemia w Chrzanowie jest nasycona modlitwą ukraińskich pielgrzymów.

Ludzie przyjeżdżali na dzień, czasem na dwa dni, nocowali i następnego dnia, często bardzo wcześnie, odjeżdżali do domu. Wówczas ks. Mitrat Mirosław Ripecki odprawiał dla nich Św. Liturgię nawet o godz. 4.00 rano, albo nieco później, zależnie od potrzeby. Przykład wspaniałej ofiarności tego niezwykłego człowieka, prawdziwego odważnego rycerza Chrystusowego.

Na wielkie święta, takie jak Wielkanoc, wielu wiernych przybywało do Chrzanowa już w Wielki Czwartek i byli tam do Wielkanocy i nieraz przez wszystkie trzy dni Wielkanocy. Razem z Wielkim Tygodniem, to w sumie 6 dni.

Pewnego razu pojechałem z moim dziadkiem Andrzejem Feszczynem do Chrzanowa. Dziadek w teczce miał cały prowiant na wszystkie dni: chleb, kilka pęt kiełbasy, słoninę, boczek, ser, masło, jajka, chrzan, sól, cukier żeby poświęcić na Wielkanoc. Obaj też musieliśmy coś jeść przez te dni, no i zawieść jeszcze rodzinie trzeba było, która czekała na święcone.

Żona księdza, Eugenia, kobieta cicha i „myronosycia”, (dosł. – niosąca pokój) gotowała ludziom herbatę. Były tam dwa bardzo duże garnki, myślę, że 50-60-litrowe. Mimo to, taką czynność trzeba było powtarzać kilka razy, żeby wszyscy mogli dostać szklankę napoju. Praktycznie ta herbata gotowała się przez cały dzień i każdy mógł o każdej porze przyjść na herbatę. Ona była właściwie tym jedynym ciepłym posiłkiem w ciągu tych dni. W tamtych strasznych, a zarazem wspaniałych czasach wiele ludzi od Wielkiego Czwartku wieczorem, do Wielkanocnej Niedzieli wstrzymywało się od jedzenia czegokolwiek.

Wielu w nocy drzemało, modliło się w kaplicy na siedząco, ludzie byli spracowani i zmęczeni no i pora spania była, inni drzemali na schodach, na strychu, w stodole na sianie, u znajomych w Chrzanowie i po sąsiednich wioskach. Sam zaznałem uroków takiego niezwykłego spania i niewygód z nim związanych.

Było to latem i dziadek wziął mnie z sobą do Chrzanowa; spaliśmy, rzecz jasna, na sianie. Jednej nocy zastałem przyduszony przez jakąś starszą i grubszą kobietę. Kiedy moje życie – jak mi się wydawało - jest poważnie zagrożone, to chciałem ją nogą odsunąć, jednak nie dało to żadnego efektu, wtedy, ratując się z opresji, po prostu ją kopnąłem. To pomogło. Na drugi dzień ona poskarżyła się dziadkowi, że „ten wasz wnuk jest niespokojny, bo po nocach się kopie”. Mimo tego typu niewygód wyjazd do Chrzanowa był dla mnie prawdziwą przygodą.

Z Woszczela, stacji PKP, do Chrzanowa było 2 km. Wtedy to był częsty widok: ogromny wąż ludzi, początek był już w Chrzanowie, a koniec czekał jeszcze w kolejce do wyjścia na stacji Woszczele.

Jako mały chłopiec zapamiętałem, że w Chrzanowie na wielkich odpustach było b. dużo ludzi. Oni byli wszędzie: pełny ogród, pełne podwórko, pełna kaplica, no i masa ludzi w mieszkalnej części tego niewielkiego budynku. Musiałem pośród nich przepychać się. Trzeba było dobrze gimnastykować się, żeby przejść. Tak było przede wszystkim do 1956 r., kiedy w innych miejscowościach nie było naszych duszpasterstw.

Wierni z Lisek

Wśród tych pielgrzymów osobne i wyjątkowe miejsce zajmowali byli parafianie ks. Mitrata z parafii Liski. Oni mieli w jego sercu specjalne miejsce. I oni poczuwali się do obowiązku opieki nad swoim kapłanem na nowym miejscu przesiedlenia. Pomagali mu na różne sposoby: odwiedzali go w tygodniu, wspierali materialnie, przywożąc - przeważnie wozami - produkty gospodarcze, takie jak drzewo, kartofle, zboże, i inne produkty spożywcze; opiekowali się budynkami i wspomagali pieniężnie. Byli dumni ze swego duszpasterza. Pisali listy do niego i on dużo wysyłał listów po całym świecie, między innymi i do nich. To był ich kapłan i duszpasterz. W tych słowach mieściło się wszystko. I on nimi interesował się, i zawsze o nich pamiętał. To byli jego parafianie sprzed wojny.

Korespondencja

Pisał listy do Rzymu, między innymi do bpa Jana Buczka. On mieszkał w Rzymie w Duchownym Seminarium. Był Apostolskim Wizytatorem na całą zachodnią Europę ze Skandynawią włącznie. Znany był jak duszpasterz „skytalciw” (błąkających, wędrujących, lub ogólnie tych, którzy żyją poza ojczyzną). Ten człowiek uratował setki, a może i tysiące żołnierzy, których alianci planowali odesłać do Związku Sowieckiego. Stały już eszelony w Rimini gotowe do dalekiej drogi na „nieludzką ziemię” (było tam 6.000 żołnierzy z dywizji „Hałyczyna”). Był nieustępliwy. Kiedy dowiedział się o tym poszedł do papieża Piusa XII, niektórzy mówią, że było to nocą. Czekał do rana. Na jego prośbę Papież interweniował u Aliantów, no i się udało. Ich wolność była uratowana, a może i życie. Ci Ukraińcy rozjechali się potem po całym świecie.

W roku 1963 kard. Josyf Slipyj wrócił z „nieludzkiej ziemi” do Rzymu. Wtedy rozpoczęła się korespondencja księdza Ripeckiego z kardynałem. Na 50 lecie swojego kapłaństwa, w 1963 r., został przez niego nagrodzony najwyższą godnością „jereja mytrofornoho” (mitrata).

Większość listów dochodziła, niektóre były niszczone. Nie zadowalał się tym, robił dużo zdjęciowych reprodukcji i na wielkie święta podpisywał i rozdawał wiernym, przeważnie tym, z którymi miał kontakt, tym, co zamawiali Św. Liturgie, pożyczali książki, albo z innymi problemami czy sprawami przychodzili (chrzty, śluby), a przez to znał ich lepiej i miał większe zaufanie. Wysyłał dużo odbitek w listach do różnych znajomych. Dzięki temu mamy cudowną dokumentację zdjęciową.

Dużo zdjęć było robionych na wielkich odpustach. Najwięcej robił p. Przepiórski, syn naszego kapłana. On pracował w Kortowie k. Olsztyna w Akademii Rolniczej.

Trafiały się obrazki i książeczki do modlitwy, i małego formatu katechizmy. Wiele z tych rzeczy przywozili jego przedwojenni wierni i znajomi. Dużo rzeczy na kontroli celnej raz na zawsze przepadało. To był urodzony kolporter.

Był sąd. Miał iść do więzienia. Zamienili karę więzienia na grzywnę – wynosiła grube tysiące. Sam nigdy by jej nie spłacił. Wierni z całego świata pomogli. Żartował, że chcieli go odesłać na parę lat do sanatorium, ale im się nie udało.

Prowadził korespondencję ze znajomymi w Kanadzie, USA, Ukrainie i w Polsce. Sam mam kilka listów napisanych do mnie z kapłańskich czasów. Przeważnie zapraszał w nich na uroczystości odpustowe, czy prosił o pomoc w duszpasterstwie.

Był kapłanem dostępnym dla wszystkich. Interesował się każdym, kto przybył do Chrzanowa. Dużo opowiadał, dużo pytał się i interesował się. Miał nadzwyczajną pamięć.

Był naukowcem. Przed wojną jego prace drukowano w różnych ukraińskich czasopismach. Napisał kilka popularnonaukowych rozpraw. Był oczytany. Często można było go spotkać z książką w ogrodzie. Miał bardzo dużą bibliotekę.

W czasie I wojny światowej był kapelanem Siczowych Strzelców. Był człowiekiem odważnym. Dobrze, że Bóg na te ciężkie czasy dał nam takiego człowieka i kapłana.

Kapłani

W czasie wielkich uroczystości do Chrzanowa zawsze przyjeżdżało kilku kapłanów-pomocników, zdarzało się, że nawet do 10-ciu, co widać i na zdjęciach z tego okresu. Stałym pomocnikiem był ks. Michał Huk z Wrocławia, który w przeciągu roku przyjeżdżał bardzo często. Dziadek chwalił go za piękne kazania.

Po wojnie w Polsce było ok. 100 greckokatolickich księży, którzy po liturgicznych kursach w rzymskokatolickich kuriach biskupich aż do 1956 r. pracowali w „łacińskich” parafiach, gdyż kapłanów wtedy ogólnie brakowało. Po 1956 r. większość z nich systematycznie wracała do swojego obrządku i do swego niewielkiego, ale rozrzuconego po całej Polsce stada.

W Chrzanowie bywali również kapłani rzymskokatolickiego obrządku z okolicznych parafii. Jako człowiek wielkiego serca pozostał w naszej pamięci m.in. ks. prałat Edward Burczyk, ówczesny proboszcz ze Starych Juch koło Ełku (teraz emerytowany kapłan w Olsztynie). Opiekował się ks. Mitratem jak własnym ojcem.

Zdarzało się i tak, że kapłani rzymskokatoliccy w nasze święta, (czyli wg kalendarza Juliańskiego) odprawiali liturgie rzymskokatolickie, a wierni śpiewali kolędy czy pieśni wielkanocne po ukraińsku. Tak bywało przed 1956 r. Znałem takiego wspaniałego kapłana wielkiego serca i dużego wzrostu (190 cm) - Ks. Skibę, który tak właśnie postępował, a po 1956 roku, jako jeden z pierwszych polskich proboszczów zgodził się na nasze duszpasterstwo, a było to w Przemkowie k. Zielonej Góry (odprawiać po ukraińsku zezwalano wtedy, kiedy kościół był już wolny, niektóre kościoły były wolne przed obiadem, ale większość po godzinie 14.00, co oznaczało, że Ukraińcy modlili się wówczas przeważnie po południu). W ten sposób narodził się nowy zwyczaj odprawiania Mszy Świętych dla Ukraińców w polskich kościołach.

Wspólne spotkania

Na dużych odpustach, a było ich wiele, nasi księża spotykali się z łacińskimi; prowadzili rozmowy o sytuacji Kościoła w Polsce, na Ukrainie i na całym świecie. Razem lżej było nieść trudy kapłańskiej posługi w komunistycznym reżymie. To były pewnego rodzaju takie soborczyki – dekanalne zjazdy duchowieństwa. Ks. Mitrat nie był sam, miał bardzo wielu przyjaciół wśród kapłanów w Ełku i to z obu kościołów parafialnych, jak również z sąsiednich parafii. Księża ci pomagali także w spowiedzi, kiedy nasi kapłani nie mogli podołać z powodu natłoku wiernych. Był to piękny obraz właściwie przeżywanego kapłańskiego posługiwania.

Przyjeżdżało wielu naszych kapłanów. Oprócz posługi kapłańskiej oni po prostu spotykali się. Dzielili się różnymi wiadomości, a żyli przecież w różnych stronach Polski: Gdańsk, Warszawa, Przemyśl, Szczecin, Wrocław, Kraków, Toruń, no i cała Warmia z Mazurami. Omawiali różne sprawy, a przede wszystkim te, które tyczyły naszej Cerkwi. Omawiali strategiczny plan jej rozwoju. I dało to owoce po 1956 r., kiedy władze PRL zgodziły się na 30 naszych ukraińskich duszpasterskich placówek. Były zastrzeżenia. Nie można było używać słowa „parafia”. I pieczątki miały specyficzne napisy: „Placówka Duszpasterska…” np. w Trzebiatowie. To był początek. Teraz mamy pełny rozwój z własnymi zbudowanymi cerkwiami.

Zelki

Chciałbym krótko przedstawić inny aspekt duszpasterskiej działalności ks. Mitrata. PRL nie tylko nas niszczyła, ale starała się na różne sposoby niszczyć kościół Rzymskokatolicki. A znam to z opowiadań dwóch księży rzymskokatolickich, ks. Edwarda Burczyka, wtedy ze Starych Juch, i ks. Stanisława Kowalskiego z Zelek. W tej wiosce chcieli koniecznie zabrać kościół i przekazać Kościołowi Polskokatolickiemu, który wówczas był bardzo propagowany przez PRL. Wtedy tam, co drugą niedzielę z naszą Służbą Bożą przyjeżdżał ks. Mitrat. Tam, po sąsiednich wioskach, było wtedy dosyć dużo naszych młodych małżeństw. Ks. Edward często mówił: gdyby nie pomoc ks. Mitrata nie udałoby się tego kościoła obronić. To jego zasługa. Przyjemnie było tego słuchać. Widać z tego, że wspólnie można dużo zrobić. Wiem o tym fakcie (duszpasterzowania ks. Mitrata w Zelkach) z opowiadań moich parafian, kiedy odwiedzałem ich z jordańską woda (1974-77). Oni to potwierdzali.

Kruklanki

Nie wiem jak długo i czy w każdą niedzielę ks. Mitrat dojeżdżał ze Służbą Bożą do Kruklanek. Przychodziło b. dużo naszych wiernych. Na te czasy to było bardzo uciążliwe. Samochodów praktycznie nie było. Trzeba było bazować na PKP i PKS. Prawdopodobnie wskutek interwencji rzymskokatolickiego proboszcza nasze duszpasterstwo zostało zamknięte. Nie jest wykluczone, ze ów proboszcz miał wielkie kłopoty ze strony miejscowego UB-e i był zmuszony tak postąpić. Efekt był taki, że cześć naszych wiernych w swojej bezsilności odeszła do Prawosławnej Cerkwi. PRL b. szybko dało im kaplicę protestancką, w której odprawiają do dzisiaj.

W latach 1965-72 w W-wie studiował apologetykę i studium życia wewnętrznego dzisiejszy ks. Metropolita Jan Martyniak. On b. często jeździł na niedzielę do pomocy do Chrzanowa. Było to przez siedem długich lat. Ks. Mitrat miał w nim bardzo dobrego pomocnika w duszpasterstwie.

Śmierć i pogrzeb

W styczniu 1974 byłem przeznaczony na duszpasterza do Kruklanek (do 1977 r.). Przez te cztery lata bardzo często, prawie w każdą niedzielę, przyjeżdżałem z duszpasterską posługą do Chrzanowa.

Ks. Mitrat prawie na moich rękach zmarł. Wiele dni był nieprzytomny, lekarz mówił: proszę być przygotowanym na najgorsze. I stało się to 29.04.1974 r., gdzieś koło godziny 19.00. Miałem tego dnia katechezę dla dzieci w Kruklance, które przygotowywałem do I Komunii Św. Śmierć przyszła o pół godziny za wcześnie. Nie zdążyłem. Wtedy w duszpasterstwie korzystałem z czeskiej „Jawki” (to taka bardzo ładna motorynka), która rozpędzała się do 60 km/h.

Jak pisałem, Ksiądz Ripecki zmarł 29 kwietnia 1974 roku w Chrzanowie. W nabożeństwie żałobnym ze strony Kurii Biskupiej w Olsztynie wziął udział ks. Biskup Julian Wojtkowski z licznie zgromadzonym okolicznym rzymskokatolickim duchowieństwem. A ze strony Kościoła Greckokatolickiego przybył nasz najwyższy wówczas cerkiewny dostojnik, ks. Mitrat Bazyli Hrynyk z Przemyśla, który był Wikariuszem Generalnym Prymasa Polski dla grekokatolików w Polsce z licznie zgromadzonym naszym duchowieństwem z całej Polski.

Po Służbie Bożej i wszystkich żałobnych nabożeństwach w obu obrządkach ciało zmarłego razem z księdzem Kanonikiem Janem Bułatem odprowadziłem do Lisek. Pomagała nam także Generalna Przełożona Sióstr Josyfitek, s. Oleksija, a także s. Agafia, która do śmierci czuwała przy swoim kapłanie. W Liskach wyszedł nam na spotkanie proboszcz z miejscową ludnością. Ciało zmarłego Mitrata wniesiono do jego przedwojennej parafialnej cerkwi. Odprawiono Służbę Bożą i żałobne nabożeństwa i godnie, przy pięknym żałobnym śpiewie sióstr, spoczęło ono w rodzinnym grobowcu obok żony, która odeszła w 1966r.

Od 1974 do 77 r. mieszkałem na stałe w Chrzanowie. Później zostałem skierowany do Trzebiatowa, Świdwina i Korzystna pod Kołobrzegiem.

Siostry św. Józefa (Josyfitky)

Na wielkie odpusty Siostry zawsze przyjeżdżały do Chrzanowa. Było ich wtedy w Polsce sporo. Dostały poniemiecki klasztor niedaleko Kłodzka. Dużo ich przybyło, kiedy zmieniali (prostowali) wschodnią granicę. Radzono im wyjechać, bo w innym wypadku mogą trafić na Sybir, a w Polsce jest większa wolność, to więcej będą mogły zrobić dla Kościoła.

A kiedy umarła żona księdza Mitrata, dwie siostry były w Chrzanowie na stałe. One były kustoszkami tego naszego sanktuarium. Robiły wszystko: w ogrodzie, zakupy, gotowanie, sprzątanie, no i śpiewały na Służbie Bożej. Sam zaznałem wiele wspaniałej opieki i dobrego serca, przede wszystkim od s. Agafii. Wielka szkoda, że w latach 1978-79 zabrano je z Chrzanowa; Chrzanowo dużo straciło na tym, do dzisiaj odczuwa się nieobecność tych Sióstr.

Książki

Ksiądz mitrat Mirosław Ripecki, oprócz posługi duszpasterskiej, starał się kontynuować działalność kulturalną. Posiadał dużo książek przywiezionych z parafii w Liskach. Dużo kupował książek ukraińskich w księgarniach polskich. W jego przypadku w Olsztynie. Księgarnia ta po roku 1956 prowadziła sprzedaż wysyłkową. Te książki bez problemu pożyczał wszystkim chętnym. Miał bardzo dobrą pamięć, zawsze wiedział, komu i jaką książkę pożyczył i prosił, żeby przy następnym pobycie w Chrzanowie przywieźć, ponieważ jest wielu innych chętnych do czytania.

Były to książki o najróżniejszej tematyce historycznej. Ja najbardziej zapamiętałem te z czasów kozackich, które mnie bardzo angażowały i porywały. W swojej wyobraźni razem z bohaterami odbywałem kozackie wojenne wyprawy. U dziadka Andrzeja Feszczyna, który żył z żoną, córką i synem, te książki z domowej biblioteki księdza Ripeckiego były czytane przede wszystkim. Prze długie zimowe wieczory wujek Wasyl Feszczyn czytał głośno, dziadek Andrzej i ja tylko słuchaliśmy, babcia Paraskiewia (z d. Romanko) przędła nici z wełny, a ciocia Katarzyna Feszczyn (po zamążpójściu – Nowycka) na drutach robiła swetry, rękawice i skarpety.

Trzeba zaznaczyć, że w tym czasie nie było radia, telewizji i prądu. Dzięki tym książkom dorośli mieli małą namiastkę tych zimowych wieczorów, jakie mieli i jakimi żyli w rodzimych stronach, które im zabrano. Przed akcją „W”, w czytelniach–świetlicach było bardzo rozpowszechnione czytanie historycznych książek. Przychodzili młodzi ludzie z wioski do czytelni i słuchali, i w ten sposób przenosili się swoją wyobraźnią w czasy, o których opowiadali pisarze. A oprócz czytania książek, były chóry na b. wysokim poziomie i przedstawienia na podstawie różnych dzieł sztuki. Tę tak charakterystyczną dla dawnej ukraińskiej wsi otoczkę codziennego życia po akcji „W” nasi ludzie stracili całkowicie.

Babunia i Dziadek od strony mamy

Muszę tutaj wspomnieć o życiu i modlitwach Babuni Paraskiewii i Dziadka Andrzeja. Oni dużo modlili się. Babunia w różnych porach dniach odczytywała i śpiewała cerkiewne nabożeństwa: mołebnie, akafisty, no i różaniec. Niewykluczone, że modlitwę stawiała ponad swoje gospodarcze obowiązki, być może było w tym nawet trochę przesady.

Jak pamiętam, dziadek modlił się zazwyczaj dwa razy dziennie. Wstawał b. wcześnie i wcześnie szedł spać, zgodnie z rytmem przyrody. Porannych modlitw nie widziałem, bo spałem. Myślę, że były one takie same jak wieczorne. Muszę tutaj zaznaczyć, że wierni naszej Cerkwi mają bardzo ładne modlitwy na początek i koniec dnia. Było to pokolenie metropolity Andreja Szeptyckiego. Jego trud dawał stokrotne owoce po latach w różnych miejscach zamieszkania, dokąd los rzucił naszych ludzi. Oni zostali przy Cerkwi i przy ukraińskim narodzie.

Wieczorem dziadek miał swoją porę na modlitwę, gdzieś pomiędzy 17 i 18 godziną. Koło pieca stała drewniana ława, na której w zimie często siedział i grzał się od kafli, a często po obiedzie odbywał sjestę właściwą dla swojego wieku. Kiedy przychodziła pora modlitw dziadek wysuwał ławę, klękał przy niej, opierał się о nіą i modlił się półgłosem. Modlitwa była długa. Mnie tak wyglądało w granicach pół godziny, a może i dłużej. W pokoju mogli być obcy ludzie. Dziadek niewiele z tego sobie robił, nie zwracał na nich uwagi i spełniał swój chrześcijański i modlitewny obowiązek względem swojego Boga. Był człowiekiem modlitwy i wiary. Nie wstydził się swojego pochodzenia i swojej przynależności do Cerkwi. Takiego dziadka zapamiętałem jako dziecko. A mogłem go obserwować, bo siódmą klasę kończyłem w Kruzach. Lubił wnuków. Wtedy bywałem u niego razem z siostrą Maryjką. A na wakacjach było nas nie raz i troje. Można wyobrazić sobie, co potrafią dzieci w tym wieku, a z drugiej strony byli dziadkowie, którzy przekroczyli już 60-tę. Zdaje się, że byliśmy dobrymi wnukami, a oni dobrymi dziadkami.

Do dziadka należał obowiązek porządnego napasienie krów, on również je doił, co chyba było dosyć nietradycyjnym podejściem do sprawy podziału obowiązków w ramach ówczesnego gospodarstwa domowego. Dziadek „obsługiwał też” swój kurnik. Raz w tygodniu w koszyku niósł jajka do sklepu w miejscowości Kruzy, do której został przesiedlony. Za zarobione w ten sposób pieniądze kupował przedmioty pierwszej potrzeby: cukier, sól, koperty (pisał listy do brata Wasyla i bratowej, którzy mieszkali w Kanadzie, gdzie sam pracował jakiś czas przed wybuchem wojny), chleb, zapałki i od czas do czasu pół litra spirytusu, który potem rozcieńczał wodą i prawie każdego dnia rano wypijał mały kieliszek dla zdrowia.

Wesela

Brałem udział w weselu mojego stryjka Szymona Kryka, który w 1964 r. brał ślub, i Wasyla Feszczyna (8.11.1956 r.); był naszym wujkiem, którego, jako mali chłopcy, uwielbialiśmy. W ten dzień wypadało świętego Dymitra. Goście zjeżdżali się dzień przedtem ze wszystkich stron. Ja z mamą i bratem Janem początkowo 3 km szliśmy piechotą, na szosie jakiś gospodarz z Harszu zabrał nas na furmankę pełną buraków. Wiózł je do punktu skupu w Węgorzewie, jechaliśmy z nim do przystanku PKS w Ogonkach. Padał drobny śnieg. Do Giżycka jechaliśmy autobusem, a potem PKP od Giżycka do Woszczela, a dalej dwa kilometry piechotą do Chrzanowa. Pamiętam jak z rana wujenka razem z s. Agafią prasowała ślubną suknię. Po ceremonii zaślubin zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć, które zachowały się po rodzinach do dzisiaj.

Weselne przyjęcie

Następnie koleją wracaliśmy do Górowa przez Czerwonkę (trasa Ełk – Olsztyn). Przyjęcie weselne odbywało się już w wagonie z udziałem oficjalnych przedstawicieli PKP, czyli konduktorów. Na stacji czekała stara poniemiecka klasyczna bryczka, którą jechaliśmy do pana młodego do wsi Kruzy (to było do 3 km drogi). My z Janem staliśmy na tylnej osi bryczki, gdyż nie było lepszego miejsca dla takich jak my, ale było to dla nas bardzo atrakcyjne miejsce. Drogi nie były równe, groziło nam niebezpieczeństwo, że na większym wyboju wypadniemy i nie trafimy nogami na oś bryczki. Ale i tym razem, jak wiele razy przedtem i wiele razy potem, wszystko dobrze się dla nas skończyło. Inni goście szli piechotą. Na skróty było może 2 km.

Weselne przyjęcie trwało do późnych godzin nocnych. Doszło na nim do małego spięcia na tle polsko – niemieckim. Zakończyło się ono tym, że panna młoda w pewnym momencie ściągnęła z nogi but- szpilkę i tego pana uderzyła w czoło. Zaczął krwawić i awanturować się.. Dziadek i wielu gości razem z panną młodą zamknęło się w drugim pokoju. Wiem, że dziadek ze wszystkich sił podpierał drzwi i tego intruza nie puścił, bo dobrze podpierał, wytrzymał napór. Myślę, że był on porządnie pijany i dzięki dziadkowi odpuścił sobie dalszą awanturę. Gdzieś zniknął. Był miejscowym awanturnikiem – pewnie wrócił do domu.

Kolonia Harsz

Jak wspominałem wyżej, mieszkaliśmy na kolonii, można powiedzieć w głuszy, siostra mawiała, na odludziu. To miało swoje plusy i minusy. Minusem było to, że do wioski było dobrych parę kilometrów. Droga szła przez las. Latem spotykaliśmy tam całą gamę ptaków. Znajdowaliśmy gniazda z małymi pisklętami. Zaglądaliśmy do nich dosyć często i obserwowaliśmy, jak one rosną. Mieliśmy kanapki do szkoły, część zostawialiśmy pisklakom. Zimy były często dosyć mroźne, i z dużą ilością śniegu (jak na nasze dziecięce nogi). W lesie albo na pegeerowskich polach, obok których przechodziliśmy, spotykaliśmy pasące się sarny, zające, a czasami dziki. Gdy były blisko drogi - robiliśmy różne fortele, żeby je spłoszyć, a żeby nic się nam nie stało się, właziliśmy na drzewa.

A kiedy jezioro było już porządnie zamarznięte, to wtedy szliśmy przez sam środek. Było o połowę drogi mniej. Niektóre miejsca na jeziorze były „odparzone”, lód był słabszy i można było się utopić. Jednego razu tato końmi zaprzężonymi do sań wjechał na takie miejsce, całe szczęście, że „odparzenie” nie było duże i konie, łamiąc kopytami lód w końcu wyskoczyły razem z saniami. Konie uratowały naszego tatę.

Na jeziorze dla dzieci było wiele atrakcji. Jedną z nich było spotkanie z rybakami, którzy niewodami łowili ryby. Wycinali duże przeręble - 2m na 2m. Było ich kilka. I przez nie przeciągali niewód i wyciągali różne ryby. Było to tak interesujące, ze zapominaliśmy o Bożym świecie, nawet zimna nie odczuwaliśmy. Za towarzyszenie dostawaliśmy zawsze parę ryb.

Kiedy robiło się już ciepło, brzegi powoli puszczały, lód był słabszy, a z czasem przy brzegach wcale już go nie było. Trzeba było znaleźć takie miejsce, żeby można było z jeziora wyjść na ziemię. Byliśmy urodzonymi traperami.

Bywały mroźne zimy. Jeziora były skute lodem, a śniegu długo nie było. Przez jezioro, na skróty, chodziliśmy do szkoły. Przy takiej pogodzie było to szczególnie interesujące, albowiem lód na jeziorze Harsz był przezroczysty jak tafla ze szkła. Wtedy kładliśmy na nim i mieliśmy nadzwyczajną okazję obserwować życie w wodzie na głębokości 3-4 metrów. Widzieliśmy rośliny i różne ryby, który pływały, żyły w swojej wodnej i bajecznej ojczyźnie oddzielonej od nas taflą lodu.

Jednego wczesnego zimowego poranka w naszej kolonii przeżyliśmy chwile grozy. Tato przyniósł wiadomość, że w stodole są wilki. Okazało się, że było ich dwa. One z pola przyciągnęły sobie zdechłego cielaka i w zaciszu stodoły zrobiły sobie wilcze śniadanie. Tato uzbroił się w jakieś narzędzie do przegnania ich, a nawet ewentualnej obrony. Nic nie trzeba było robić, kiedy zwierzęta zobaczyły, że zaczął się ruch na gospodarstwie, tak od niechcenia, leniwym krokiem odeszły do pobliskiego lasu. I ślad po wilkach zaginął.

Szkoła Podstawowa

Gdy miałem 7-8 lat na lekcji języka polskiego, którą prowadził pan Piszczatowski, nauczyciel zapytał mnie, co pasie się na łące (to było chyba w elementarzu). Odpowiedziałem, że na łące pasie się „tela” (cielę). Miałem więcej podobnych wpadek. Na zapytanie, co rośnie w lesie odpowiedziałem, że w lesie rosną „huby” (grzyby).

LO

W liceum ogólnokształcącym w Giżycku (bardzo wówczas prestiżowym na ziemiach mazurskich) na lekcjach języka rosyjskiego p. Michniewicz, gdy wypadała moja kolej czytania po rosyjsku, często zwracał uwagę, że mam „ukraiński akcent”. Za którymś razem powiedziałem, że muszę mieć taki, ponieważ jestem Ukraińcem. Czasami z kolegami w internacie na tematy polsko-ukraińskie rozmawialiśmy. To raczej nie było czymś tabu. Jak później dowiedziałem się, większość młodzieży w internacie, to były dzieci ukraińskich rodzin mieszkających w sąsiedztwie Giżycka.

Kapłańskie powołanie

Gdzieś w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego w Giżycku zacząłem myśleć o powołaniu kapłańskim. W Giżycku prawie przez cały czas w kościele św. Brunona byli młodzi kapłani. Wśród nich był ks. Benedykt Przeracki. Jest jego zasługą, ze z Giżycka było w tym czasie kilka powołań.

Na weselu mojego stryjka Szymona Kryka w Chrzanowie robiłem zdjęcia. Miałem okazje obserwować fotografowanych ludzi. Wśród nich i ks. Mitrata. Może to, że kapłan z trudem poruszał się postawiło kropkę nad „i” w moim kapłańskim powołaniu… Przyszła taka myśl w tamtej chwili: jaki Ty Chrystusie w tym kapłanie jesteś stary i słaby! Ja jestem Tobie potrzebny, dopiero zaczynam dorosłe życie, ja Tobie pomogę. I poszedłem do seminarium. I tak moja kapłańska droga wzięła początek w Chrzanowie przy boku ks. Mitrata. Nikomu o tym nie mówiłem i nigdzie o tym nie pisałem. Kiedy jest mowa o Chrzanowie, uważam, że powinienem o tym napisać, bo tam dojrzało moje kapłaństwo.

Seminarium Duchowne – Olsztyn

W maturalnej klasie trzeba było podać uczelnie, gdzie będziemy dalej studiować. Ja podałem na odczepnego Oficerską Szkołę Łączności w Zgierzu. Wielu chłopców poszło do różnych szkół oficerskich. Myślę, że gdybym oficjalnie zadeklarował, że idę do seminarium duchownego – miałbym wiele kłopotów i matury mógłbym nie zdać. Na badaniach w tej szkole symulowałem z oczyma, że nie widzę wszystkich liter i po jakimś czasie dostałem wiadomość, że, niestety, ze względu na zdrowie nie kwalifikuje się na studenta do oficerskiej szkoły.

Od proboszcza w Pozezdrzu (od ks. Czesława Eysymonta) dostałem adres do Seminarium Duchownego „Hosianum” w Olsztynie. Napisałem podanie i zostałem przyjęty w poczet alumnów. W grupie było nas 25 i mieszkaliśmy w budynku na ul. Kopernika. W każdą niedzielę chodziliśmy do katedry św. Jakuba. Msze wtedy były wtedy jeszcze w języku łacińskim. Były piękne gregoriańskie śpiewy. Była mała schola, która co tydzień przygotowywała kolejne śpiewy do Mszy Św. gregoriańskiej. Śpiewał w tej scholi nasz kleryk, św. p. ks. Włodzimierz Pyrczak. Bardzo ładnie śpiewał. Później był duszpasterzem w Dobrym Mieście i Pieniężnie, a później w Koszalińskim.

W Wyższym Duchownym Seminarium „Hosianum” w Olsztynie moje ukraińskie pochodzenie też nie było tajemnicą, bo już na początku pierwszego semestru musiałem dostarczyć metrykę chrztu. Księgi metrykalne w mojej parafii Kobylnica Wołoska zaginęły, rodzice złożyli przed proboszczem w parafii Pozezdrze przysięgę, że byłem ochrzczony i bierzmowany, i tam było podane, że jesteśmy obrządku greckokatolickiego.

Nigdy nie wstydziłem się swojego ukraińskiego pochodzenia. Ks. Rektor seminarium – dzisiaj kardynał Henryk Gulbinowicz - zawsze zachęcał mnie, żeby się uczył i poszedł na wikarego do ks. mitrata Mirosława Ripeckiego. I tak się też stało. Trzy lata mieszkałem w Chrzanowie, póki kościelna władza nie przeniosła mnie do Trzebiatowa.

W latach 1965-67 służyłem w wojsku w Brzegu nad Odrą. W drugim roku służby przywiozłem sobie z urlopu jeden z trzech tomów powieści Iwana Łe, „Bohdan Chmielnicki”, która leżała w szufladzie żołnierskiej izby. Była ona w języku ukraińskim. Nikt z przełożonych, ani kolegów nie robił z tego powodu żadnych problemów. Może nie wszyscy odróżniali język ukraiński od języka rosyjskiego. Znając losy innych ludzi muszę przyznać po latach, że w życiu często trafiałem na „doborowe towarzystwo”, towarzystwo ludzi światłych i kulturalnych.

UB – Węgorzewo

Pragnę również przedstawić Czcigodnym Czytelnikom, w jaki sposób służba bezpieczeństwa werbowała swoich przyszłych współpracowników czy agentów.

Jak byłem na początku może 9 klasy L.O. w Giżycku Krzysztof Imperowicz, kolega z Pieczarek, pewnego razu po „wyjazdówce” z internatu do domu przywiózł wiadomość, że jego proboszcz z Pozezdrza, ks. Czesław Eysymont ma poważne kłopoty powodowane przez komendanta MO w Pozezdrzu. Postanowiliśmy we trzech (jeszcze z kolegą ze Spytkowa) napisać w obronie proboszcza list-anonim do owego komendanta MO. Zdecydowaliśmy, że pisać będę ja. No, list ten, niestety, zawierał wiele słów niecenzuralnych. Nie dało to rzecz jasna żadnego widocznego efektu. Myśleliśmy, że przeczytali i wyrzucili do kosza. A jednak nie…

W latach 1964-65 miałem trzy spotkania z porucznikiem Malickim, który przyjeżdżał samochodem Warszawa z takimi dużymi białymi literami „MO” z obu stron. Nas na tej kolonii gdzie mieszkaliśmy, na tym odludziu, jak mawialiśmy, było wszystkiego kilka rodzin. Obcych ludzi, oprócz „pegeerowców”, mało kiedy można było spotkać. A tutaj zjawia się milicyjny samochód i milicjant na cywila - sensacja! Powiedział, że szuka mnie i chciałby ze mną przeprowadzić rozmowę. Ja w owym czasie zostałem już przyjęty w poczet alumnów Warmińskiego Seminarium Duchownego „Hosianum” w Olsztynie. Powiadomiono mnie o tym listownie gdzieś pod koniec lipca. Z tego widać, że obywatele Polski mieli wtedy dobrych aniołów stróżów, którzy uważnie kontrowali korespondencję swoich obywateli...

Przy pierwszym spotkaniu, żeby mieć narzędzie nacisku, przywiózł z sobą nasz list-anonim i pracę maturalną z języka polskiego. Powiedział, że zdaniem znawców–grafologów, anonim ten został napisany przeze mnie. Nie było co się wypierać. Powiedziałem, że to była grupa młodzieży, a ja tylko pisałem. No, wyjaśnił, trzeba będzie za to ponieść konsekwencje, mogę być ukarany, a nawet mogę pójść do więzienia za ubliżanie władzy ludowej. Powiedziałem - to pójdę! Dodałem, że wtedy jeszcze nie byłem dorosły i myślę, że powinno nastąpić przedawnienie, gdyż minęło parę lat od tego czasu. Rozmowa była długa. Powiedział w końcu, że mogę tego uniknąć, jeśli w przyszłości będę się z nim spotykał. Nie dałem żadnej odpowiedzi, na odczepnego powiedziałem, że się zastanowię.

Była też z jego strony prośba, żeby o tym nikomu nie mówić. To była stała taktyka w ich postępowaniu. W seminarium opowiedziałem o tym wicerektorowi – ks. Prof. Julianowi Wojtkowskiemu. Ten po wysłuchaniu polecił, abym zgłosił to rektorowi biskupowi Janowi Obłąkowi. Wynik rozmowy był taki: jak znowu przyjdzie ten „ubek”, to ma zgłosić się do rektora i on jego o wszystkim poinformuje.

W czasie ferii wielkanocnych przyjechał ponownie. Powiedziałem mu, że mimo jego prośby o wszystkim opowiedziałem wicerektorowi i rektorowi. Rektor prosił przekazać, że jak będzie chciał dowiedzieć się czegoś o sprawach kościelnych i seminaryjnych, to rektor udzieli mu wyczerpujących odpowiedzi. Zaczął mnie przekonywać, że my, klerycy, dobrze znamy się, a że w przyszłości będziemy proboszczami, to te wiadomości będą władzy ludowej bardzo potrzebne (był zainteresowany charakterystyką poszczególnych studentów, nastrojami wśród nich, tematami ich rozmów i, generalnie, czym żyje seminarium). Było podejrzenie, że niektórzy studenci byli zwerbowani przed seminarium. Oni zazwyczaj po roku, dwóch odchodzili. Ostatecznie nie zgodziłem się na przekazywanie żadnych wiadomości, gdyż, jak mu powiedziałem, w przeciwnym razie byłbym nie w porządku względem przełożonych i kolegów. „Czy moglibyśmy jeszcze kiedyś spotkać się?” - zapytał. Odpowiedziałem, że nie. Byłem przekonany, że było to ostatnie nasze spotkanie.

A jednak po pierwszym roku pod koniec wakacji – gdzieś w połowie sierpnia, przyjechał po raz kolejny - to już trzeci raz z kolei. Nic z tego nie wyszło. Rozmowa nie miała dla niego żadnego rezultatu. Powiedział: „Jak nie chce pan kosić zboża u rodziców, to będzie pan kosić w pegeerze.” Zażartowałem, choć w tamtej chwili nie specjalnie było mi do żartów: czy tutaj, czy tam, to i tak dla PRL-u. Na odchodne powiedział, że „spotkamy się nad Odrą”. Po dwóch tygodniach brat Jan przywiózł kartę poborową i tam było napisane: „Brzeg nad Odrą”.

Sprawa wyjaśniła się. Przygotowali trzy miejsca, dokąd wysyłali kleryków: Brzeg (około 100 kleryków), Bartoszyce (250) i Szczecin Podjuchy, też gdzieś koło 100 miejsc. Przede mną były 2 lata wojska i 5 lat seminarium. Wtedy wydawało się, że to tak długo, jak wieczność. W seminarium na początku I roku po rekolekcjach mieliśmy obłóczyny. Każdy z nas to bardzo przeżywał i cieszył się nimi.

Po paru tygodniach były drugie obłóczyny, tym razem w mundury wojska polskiego. Wyglądaliśmy tak okropnie, że jeden drugiego nie poznawał. Nas z Olsztyna było trzech. To była inna rzeczywistość. Straszna i diabelska, jaka trwała dwa lata (1965-67). O tym można napisać oddzielny rozdział mojego życia. Może kiedyś…

Kolejny raz nawiedzili mnie UB-cy w 1983r., kiedy papież miał być we Wrocławiu. Był wtedy stan wojenny i niby bali się, ze grekokatolicy mogą zrobić jakieś prowokacje. Powiedziałem im, że Ukraińcami są nie tylko grekokatolicy, są nimi także niektórzy prawosławni, partyjni i niewierzący, a i Polacy, którzy są ze Lwowa, bardzo dobrze znają język ukraiński.

Ukraińskie getto

W czasie wieloletniej kapłańskiej posługi (od 1971 r.) nigdy nie miałem specjalnych problemów z powodu mego ukraińskiego pochodzenia. Stwierdzam to z prawdziwą radością. W moim życiu spotkałem wielu wspaniałych Polaków, także tak cudownych, jak ksiądz kardynał Henryk Gulbinowicz. Żyjąc w Polsce nie miałem odczucia, że przebywam w ukraińskim getcie, co, niestety, stało się normą dla niektórych Ukraińców z akcji „W”. Wielu Ukraińców wówczas, a nawet dziś w wolnej Polsce, ukrywało i ukrywa swoje pochodzenie. Znam przypadki, że ludzie nie przyznawali się do swoich korzeni nawet podczas spisu powszechnego. To oznacza, że ich „ukraińskość” została ograniczona do czterech domowych ścian, ale poza nimi byli lub są albo Polakami, albo ludźmi o niewiadomym pochodzeniu.

Lepsze domy

Po przesiedleniu na tzw. „ziemie odzyskane” wielu naszych ludzi żyło myślą, że w krótkim czasie powrócą do swoich wiosek. Kiedy zniknęła nadzieja dla wielu przesiedleńców celem numer jeden stało się wykształcenie swoich dzieci, bo oni nie mieli takich możliwości przed wojną. Widzieli w tym szansę na zapewnienie im lepszego, bardziej godziwego bytu w nowym trudnym świecie, świecie, który musieli poznawać od nowa. Swoją drogą, w czasie duszpasterskich odwiedzin często słyszałem od wiernych, że przed wysiedleniem życie może było trudniejsze i cięższe, ale ludzie byli szczęśliwsi. Dlatego argument niektórych polityków, którzy przekonują nas, że „dostaliśmy lepsze domy”, a więc powinniśmy cieszyć się, że nas przesiedlono, jest niepoważny i krzywdzący.

Dwa cuda

Nikt nie dopuszczał nawet myśli, że Związek Sowiecki przestanie istnieć w dającej się ogarnąć perspektywie. Jednocześnie panowało przekonanie, że póki istnieje Związek, nie można mieć nawet cienia nadziei na powstanie wolnej Ukrainy.

Dlatego można powiedzieć, że byliśmy świadkami dwóch cudów: rozpadu Związku Radzieckiego i odzyskania niepodległości przez Ukrainę. Schyłek lat 1980-ych i początek 1990-ych przyniósł Ukraińcom (i nie tylko) ogrom radości i euforii. Był to piękny okres w życiu naszego narodu, okres, który stanowił symboliczne zakończenie wielowiekowych starań Ukraińców o wolny dom, o wolność własną i wolność swojej ojczyzny. Podobne do tych chwil - choć dalece nie takie same - jakie przeżywali Niemcy, kiedy padał mur berliński.

Historia dowiodła, że Ukraińcy i Polacy w swoich wolnych domach powinni szczególnie cenić wzajemną przyjaźń, albowiem naprawdę tak było, że kiedy padała Ukraina, w krótkim czasie przestawała istnieć Polska. Dałby Bóg mądrości, aby nie tylko jednostki, ale tysiące, setki tysięcy ludzi w naszych ojczyznach zrozumieli tę oczywistość i wykorzystywali świadomość tego w codziennym życiu. Szczególnie polecam to politykom w obu krajach. Bóg posługuje się ludźmi. Myślę, że w tym przypadku (dwóch cudów) posłużył się najbardziej papieżem Janem Pawłem II i prezydentem USA Ronaldem Reaganem.

Co było ważne i najważniejsze?

Za najważniejsze wydarzenie mojego życia uważam całą moją kapłańską posługę wśród wiernych. To było 30 lat trudnej i ciężkiej, ale przyjemnej i ukochanej służby dla Chrystusa pośród mojego ulubionego ukraińskiego narodu.

Po roku 1947 Ukraińcy przetrwali w Polsce w znacznym stopniu dzięki obecności naszej Cerkwi, ofiarności księży, którzy w wielu przypadkach gotowi byli życie oddać w obronie wartości, bez których świat musi być gorszy. Dobra przedwojenna szkoła! Ale nie brakowało też chętnych, którzy gotowi byli iść w ich ślady.

Papież Jan Paweł II w katedrze w Filadelfii powiedział, że kiedy nie ma Ojczyzny, Kościół staje się duchową Ojczyzną. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że nasza Cerkiew w Polsce, choć przez dziesięciolecia formalnie nieistniejąca, była dla naszych wiernych taką właśnie duchową Ojczyzną.

Z wszystkich swoich podróży najmilej wspominam pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Po takiej wyprawie jest się innym chrześcijaninem! Te miejsca pozostają w naszej świadomości. Następuje urealnienie Ewangelii, nie tylko czyta się czy słucha się, ale to wszystko widzi się, ono istnieje na ziemi i zaczyna inaczej żyć w naszych sercach. Jakbym mógł, to spowodowałbym, aby wszyscy, którzy lubią podróżować, pojechali tam. Bardzo dużo zawdzięczam tej podroży do Ziemi Świętej.

Emerytura

Jak przejdę kiedyś na emeryturę w planach mam, aby ostatnie lata mojego życia spędzić w Przemyślu, w mieście dla którego mam wiele sympatii. A kiedy Bóg odwoła mnie z tego świata do siebie, chcę, żeby moje ciało spoczęło w Kobylnicy Wołoskiej. Cytując słowa św. Pawła - tutaj zacząłem swój ziemski bieg i, jak będzie taka Boża Wola, tutaj pragnę go zakończyć.

PS. Są to wspomnienia – świadectwo tamtych lat, widziane oczyma dziecka, dorastającego młodzieńca, studenta, żołnierza, kapłana i biskupa. Tak to zapisało się w mojej pamięci.

Proszę także Was o danie swojego świadectwa. Na pewno będą to ciekawe wspomnienia i zostaną, jak pamiątka tamtych lat, dla następnych pokoleń. Na pewno Fundacja Losy Niezapomniane chętnie umieści takie prace na swoich internetowych stronach.



Proszę o kontakt: los@los.org.pl




[ Zamknij okno. ]



Fundacja Losy Niezapomniane. Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2009 - 2010